sezon

“Jurassic World: Camp Cretaceous – Sezon II” – spoilerowa recenzja

Na kolejny sezon wyczekiwanego, choć zdecydowanie pozostawiającego mieszane odczucia, “Jurassic World: Camp Cretaceous” (w polskiej wersji wydanego jako “Obóz Kredowy”) nie przyszło nam długo czekać. Po obejrzeniu nowego sezonu przygody dzieciaków na Isla Nublar, dochodzę do wniosku, że nowy sezon pozostawia we mnie podobne odczucia jakie zrobiła to pierwsza seria.

Historia, jaką śledzimy na ekranie naszych telewizorów oraz innych odbiorników mediów VoD, kontynuuje wątek z jakim zostawił nas pierwszy sezon. Grupa młodych ludzi zostaje pozostawiona na pastwę losu na wyspie Nublar, gdyż nie zdążyli załapać się na podwózkę do domu podczas ewakuacji. My za to, śledzimy ich przygody podczas ośmiu odcinków nowego sezonu. Przygody, których głównym spoiwem jest chęć powrotu do domu i szukania sposobu, jak wezwać pomoc ze stałego lądu.

Wyciek kolejnej figurki z serii “Jurassic Park: Amber Collection” od Mattel

I tak naprawdę na tym możemy zakończyć streszczanie fabuły, albowiem cała przygoda skupia się właśnie na perypetiach dzieciaków, próbujących znaleźć drogę do domu. Oczywiście w międzyczasie nasza grupka, składająca się z bardzo stereotypowych postaci, będzie przeżywać inne przygody. Wydaje się, że nowy sezon operuje na zasadzie ‘więcej i mocniej’, choć ta zasada nie wydaje sie aplikować do wszystkiego, co widzimy na ekranie.

Zacznijmy jednak od wspomnianego ‘więcej i mocniej’. Na ekranie widzimy jeszcze więcej dinozaurów niż w pierwszym sezonie. Pojawiają się tu gady, które mieliśmy okazję oglądać przy okazji poprzedniej serii, ale mamy też dinozaury, którym poświęcono dużo więcej czasu antenowego niż zrobiły to np. filmy czy wspomniany, poprzedni sezon. Tyranozaur wreszcie dostaje swoją rolę na szeroką skalę i pomimo, iż można by pomyśleć, że ten dinozaur w każdym filmie ma swoje 5 minut sławy, tak ciężko mi sobie wyobrazić jakikolwiek film spod szyldu “Jurassic Park” bez niego. Sceny uwzględniające królową wyspy Nublar są nader satysfakcjonujące, zaś jej animacja jest rewelacyjna, o czym powiem nieco później. Jednak to nie rex jest głównym antagonistą tego sezonu. Nie jest nim także karnotaur Toro, choć i ten dostaje epizodyczną rolę. Jest nim, a w zasadzie nimi, trójka barynoyxów, które aktywnie polują na dzieciaki. I tu pojawia się pierwszy zgrzyt, jaki mam z tą trójką. Z jednej strony, obserwujemy gady, które inteligencją wydają się dorównywać raptorom. Koordynują swoje ataki, są nieustępliwe i wydają się porozumiewać ze sobą. Coś czego ciężko oczekiwać od dinozaurów tego typu. Z drugiej zaś strony, ich zachowanie dyktowane jest tym czego aktualnie potrzebuje fabuła. Bo z jednej strony nie są w stanie wyczuć głównych bohaterów, chowających się dosłownie parę metrów od nich, z drugiej bezproblemowo znajdują inną parę bohaterów, która jest odpowiedzialna za śmierć ich pobratymca. Zachowanie tej trójki jest bardzo nierówne. Inne dinozaury również pojawiają się w historii. Rozszerzoną rolę dostały m.in. stegozaury czy kompsognaty. Twórcy wydali się zrezygnować także ze swojej, naczelnej maskotki czyli ankylozaura Bumpy’ego do pewnego stopnia, bo ten wreszcie z formy chibi-słodkiego dinusia, wyrósł na dorosłego, groźnie wyglądającego gada. Oprócz tego, w serialu pojawią się również dawno zapomniane, ceratozaury, których jedyna, bardzo epizodyczna rola przypada na trzecią część sagi. Skoro one się pojawiły, to dlaczego do filmu nie mógł powrócić dilofozaur na którego fani tak bardzo czekają?

W kwestii bohaterów, powracają znane twarze. Wybranym liderem grupy pozostaje nasz główny bohater jakim jest Darius, młodociany, szlachetny dino-nerd, który zawsze znajdzie sposób na wyjście z opresji. Pozostałą część gromadki stanowią Kenji czyli bogaty, dość zarozumiały dzieciak, który mimo ewolucji, nadal ma zarysy leniwego, rozpieszczonego bachora. Yasmine, w skrócie Yaz, lekkoatletka, której sponsorem był park. Obok Dariusa, wydaje się mieć najbardziej głowę na karku. Brooklynn, czyli vlogerka która, podobnie jak Kenji, wydawała się ewoluować, mając przy tym przebłyski swojej, poprzedniej osobowości. Sammy czyli słodka, otwarta ekstrawertyczka o gołębim sercu i nieco zwariowanej osobowości. Powraca także Ben, który rzekomo zginął w pierwszym sezonie. Ta postać przeszła najbardziej diametralną zmianę z tchórzliwego chłopaka z alergiami, w twardziela ujeżdzającego ankylozaura i walczącego z karnotaurem za pomocą dzidy. Jak sami widzicie, dość stereotypowe grono, których archetypy trafią na pewno do dzisiejszego pokolenia. Jednak ta zgraja nie jest jedynymi bohaterami, jakimi przyjdzie nam oglądać. W serialu pojawią się również czarne charaktery w postaci Mitcha i Tiffany, którym będzie towarzyszyć niejaki Hap. Pierwsza dwójka, na pierwszy rzut oka wydaje się być wybawcami naszych bohaterów, którzy przylatują na wyspę pooglądać gady zanim ta zostanie na dobre zamknięta, by później okazało się, że to tak naprawdę kłusownicy, chcący przyozdobić swój dom o głowę T. rexa. Tu należą się brawa dla twórców, bo postacie mimo, iż napisane w dość typowy sposób, zagrały tak, że zacząłem się naprawdę zastanawiać czy ta dwójka na pewno jest ta zła. Wiadomym, że później zmienią się w typowych bad-guy’ów, których na koniec spotka to na co zasłużyli. Pozostaje jeszcze Pan Hap czyli przewodnik powyższej dwójki. Człowiek o życiu naznaczonym bliznami i złem, o bardzo szorstkim charakterze, którego twórcy każą nam nie lubić. Ale jak to bywa, okazuje się zupełnie na odwrót, bo ten jednak ma zalążki dobra w sobie, czemu da dość beznadziejny, choć szlachetny popis.  Na tym kończy się obsada.

Generalnie, problem jaki mam z drugim sezonem “Jurassic World: Camp Cretaceous” to brak poczucia zagrożenia. Dzieciaki bezproblemowo poruszają się po całej wyspie, trafiając to do głównej części parku, to wracając na teren starego obozu, to kręcąc się po dżungli. Krzyczą, skaczą, cieszą się, jakby w okolicy nie czaiło się niebezpieczeństwo. Zaznaczam, że sektory po których poruszają się to nie są miejsca, które są od siebie oddalone o rzut beretem. Mapa zaprezentowana w serialu wskazuje, że jednak jest to spory odcinek drogi między punktem A i punktem B. Mało tego, postacie ilekroć trafiają na dużego drapieżnika czy ich grupę, wydają się mieć niesamowitego farta. Kiedy już klawiatura kłów wisi nad głowami naszych bohaterów, to nagle dzieje się coś cudownego co odwraca uwagę drapieżnika od potencjalnej kolacji. Ja rozumiem, że tak ma być, bo to w końcu bajka dla dzieci, ale czy nie dałoby się tego jakoś ukryć? Nawet Benowi, który w założeniu zginął w pierwszym sezonie, udaje się przeżyć. Uważam, że taki szok dla serii byłby doskonałym posunięciem, bo pokazywałoby to poziom zagrożenia z jakim mierzą się dzieciaki. Z kolei, w innym momencie, dzieciaki stają na przeciwko niebezpieczeństwa, które udało by się spokojnie wyeliminować przy pomocy oswojonego ankylozaura. To jest ten moment, kiedy grupa woli uciekać, co skutkuje śmiercią jedynej, ciekawie zaprezentowanej postaci. Takich wpadek, opartych na przeczących logice sytuacjach, jest sporo więcej.

Skoro w ogóle mowa o śmierciach, te występują tu w znikomej ilości. I nawet kiedy serial daje nam do zrozumienia, że ktoś zginął to nie pokazuje tego w tak dosadny sposób, jak robił to pierwszy sezon. W poprzedniej serii, w momencie kiedy ktoś ginął, często było widać nad nim schylającego się drapieżnika, który ewidentnie coś pożera w akompaniamencie krzyków. Tu po prostu kiedy ofiara staje oko w oko ze śmiercią, scena się ucina i przechodzimy do kolejnego wątku. Przyznam, że taki zabieg mi się nie podobał bardzo.

“Jurassic World: Camp Cretaceous” – recenzja

Na pochwałę za to zasługuje oprawa audio-wizualna. Wiadomym jest, że serial wykorzystuje kultowe ścieżki dźwiękowe zapoczątkowane przez legendarnego Johna Williamsa, w reanżaracji innych kompozytorów, ale dodaje też swoje własne motywy. Dzięki takim zabiegom, wiemy, że mamy do czynienia z integralną częścią serii. Dinozaury wykorzystują dźwięki jakie znamy z filmów, zaś główni bohaterowie brzmią naturalnie, a ich głosy bardzo dobrze pasują do postaci jakie widzimy na ekranie. Na największe brawa jednak zasługują animację dinozaurów. Zaprezentowane gady, z tyranozaurem na czele, wyglądają świetnie, choć rex bije wszystkie inne na głowę. Dużo serca okazano także Bumpy’emu, który z bajkowego stworka, wyrósł na potężnego, pięknie animowanego gada. Naprawdę, za oprawę czapki z głów. No prawie. Bo dżungla, po jakiej poruszają się dzieciaki, nie przypomina zapuszczonego lasu. Bardziej jakiś sad, w którym są pięknie przystrzyżone trawniczki. Jak dla mnie rozległe polanki czy nawet las, z króciutko ściętą trawką, wygląda dość komicznie. Przypatrzcie się.

Pozostaje nam jedynie czekać na III sezon, bo ten prawie na pewno się pojawi na Netflixie. Na to wskazuje zakończenie, a także plotki, które już krążą po sieci.

Nie można odmówić nowemu sezonowi czaru, który znamy i kochamy. Mamy tu po prawdzie wszystko, czym charakteryzuje się seria bo mamy dinozaury, doskonałą oprawę audio-wizualną, elementy lore’u itd. aczkolwiek infantylność tej produkcji mnie boli. W sezonie pierwszym było to bardziej dobitnie ukryte. Tu niestety pewne rozwiązania mnie nieco odstraszają. Pomimo, iż Colin Trevorrow upierdliwie traktuje przygody nastolatków na wyspie, jako część głównego kanonu, tak mi ciężko jest ten fakt zaakceptować. Dla mnie sezon II to krok w tył, bo ‘więcej i mocniej’ nie zawsze oznacza lepiej. Oczywiście, można na to wszystko spuścić określenie, że to produkcja dla dzieci i jeśli podejdziemy z takim podejściem do seansu, okaże się, że każdy z około 30-minutowych odcinków minie nam niezwykle szybko, a my będziemy z tego czerpać nawet przyjemność.

Autor: Zilla

Facebook Comments